Google+ Followers

wtorek, 7 stycznia 2014

Trasa przełęczy - Rolle, Pordoi,Campolongo,Gardena



Wjazd na Passo dello Stelvio, po raz trzeci
Moja fascynacja przełęczami zaczęła się od Passo dello Stelvio. Gdy jechałam przez nią po raz pierwszy pogoda była ładna, więc zauroczyły mnie te widoki.
W atlasie Alp jest spis przełęczy z podaniem wysokości, stromości podjazdu, okresu kiedy jest przejezdna, informacją czy przejazd jest płatny. Niektóre można przejechać tunelem lub pociągiem (Furka i Simplon w Szwajcarii, Tauern w Austrii). Bardzo bym chciała przejechać się takim pociągiem. Oczywiście pod warunkiem, że nie będzie to upiornie drogie. W przyszłym roku pasowałoby mi przejechać przez Tauern. Przejazd tunelem a w zasadzie dwoma (Katschberg i Tauern) na autostradzie A10 kosztuje 10 euro. W sumie 18 € , bo pewno trzeba mieć też winietę, co najmniej za 8 €.
Przed laty jechałam w Szwajcarii, w drodze z Zurychu do Lugano, tunelem St.Gothard, prowadzącym pod przełęczą o tej samej nazwie. Ma 16,9 km i był wtedy najdłuższy w Europie. Teraz w dalszym ciągu jest najdłuższy w Alpach, tunel pod Mont Blanc ma tylko 11,5 km a Frejus 12,9 km. Natomiast najdłuższy tunel drogowy nie tylko w Europie, ale i na świecie, to ukończony w 2000 r norweski Jaerdal liczący sobie 24,5 km. Tunele kolejowe bywają znacznie dłuższe (Lotschberg w Szwajcarii – 34,6 km). Zeszłam do podziemi. Na pewno dzięki tunelom jedzie się przez góry szybciej, ale największą frajdą jest jechać po wierzchu i widzieć to całe piękno. Oglądanie widoków nie kłóci mi się z prowadzeniem samochodu, często tylko ubolewam, że nie mogę zrobić najlepszego zdjęcia, bo wąsko i nie mogę się zatrzymać, ponieważ ktoś za mną jedzie i się wkurza, że nie pędzę.
Jeżeli w górach ktoś jedzie mi na ogonie, to przy najbliższym poszerzeniu jezdni zjeżdżam na bok i puszczam go przodem. Najczęściej jest to miejscowy. Nie wie co traci tak się spiesząc. Ale rozumiem, że ma to na co dzień, więc w zasadzie nie dostrzega. Jak powietrze.
Ostatni dzień na przełęczach podczas mojego wrześniowego wyjazdu był mniej udany ze względu na deszczową pogodę. Jeszcze dzień wcześniej świeciło piękne słońce, więc mogłam podziwiać w całej krasie Pale San Martino w pobliżu San Martino di Castrozza. Widziałam je tylko z drogi, bo nie było czasu, żeby zapuszczać się gdzieś na boki, ale i tak widoki były piękne.

Pale di San Martino

San Martino di Castrozza
 Samo San Martino di Castrozza też warte uwagi, krótkiego nawet spaceru. Musi być tam fajnie w śniegu. Wjazd na Passo Rolle niezbyt męczący, malownicze serpentyny. To tylko 1984 m npm. Niebo ozdobiły chmury, ale ciągle było słonecznie, choć na przełęczy temperatura spadła do 10 stopni.
Wjazd na Passo Rolle
 Po drodze zajrzałam do Predazzo. Nie wiem dlaczego wyobrażałam sobie ,że jest większe. Straszna dziura a obok dwie skocznie, na których brylował nasz Stoch. Zatrzymałam się na placyku, niedaleko kościoła, wyjrzałam za róg i doszłam do wniosku, że to jeszcze nie centro. Wsiadłam więc z powrotem do samochodu i pojechałam dalej ulicą wyglądająca na główną. Niedługo miasteczko się skończyło. Jednak ten plac i kościół to było centrum.
Predazzo
Jeszcze w słońcu  pochodziłam po Moenie. To niezwykle urokliwe miasteczko, żałowałam, że nie w nim zatrzymam się na nocleg. Tu Val di Fiemme przechodzi w Val di Fassa. Przez przełęcz San Pellegrino można pojechać w kierunku Belluno i Wenecji. Miejscowość niewielka, strome uliczki, urocze kolorowe domy, mnóstwo kwiatów, rzeka Avissio wartko płynąca po kamieniach. Moena jest oficjalnie zwana Perłą Dolomitów, jest jedną z 24 Alpine Pearls - najładniejszych górskich miast Europy. Mam nadzieję, że uda mi się tu wrócić, tym bardziej ,że nie kupiłam Puzzone di Moena, słynnego miejscowego sera.
                                                     Moena
Ale hotele w Moenie są droższe, więc wybrałam pobliskie Pozzo di Fassa. Też niebrzydkie, ale zaskoczyło mnie to, że znalazłam tam tylko 2 restauracje, które na dodatek nie miały w menu nic co chciałabym zjeść. Jeszcze w takiej sytuacji we Włoszech się nie znalazłam. Kupiłam więc w sklepie parę plasterków miejscowego specku, jakieś pieczywo i pochłonęłam patrząc przez okno na góry w zachodzącym słońcu. Tutejszy speck nie ma sobie równych, krojony w prawie przejrzyste plasterki smakuje wybornie. Ten który dojrzewa długo jest dość twardy, więc lepiej kupować fachowo pokrojony, bo zbyt grube plastry nie dadzą się pogryźć.
W tym rejonie są również świetne sery. Wybrałam się w poszukiwaniu wyrobów Luch da Pcei z San Cassiano. Niestety było już po sezonie, więc nie udało się nic kupić. Na pociechę w drodze powrotnej kupiłam trochę serów w mleczarni Mila na obrzeżach Bolzano przy wjeździe SS 12 od północy. Są naprawdę świetne, szczególnie wart uwagi jest Ortles. Pakują sotto vuoto czyli próżniowo, więc nie ma problemu z dowiezieniem do kraju, gdzie czekają moje serowe łasuchy.
Gdy następnego dnia ruszyłam w stronę Passo Pordoi (2239 m npm) jeszcze przebłyskiwało słońce. Ale gdy wyjrzałam na drugą stronę przełęczy, spod baru do którego wstąpiłam na kawę, to zobaczyłam wielką chmurę leżącą na ziemi. Serpentyny drogi niknęły w niej.

Droga w chmurę - Passo Pordoi
Bez specjalnych więc widoków sturlałam się do Arabby, a stamtąd krętą, niezbyt uczęszczaną drogą, przez Passo di Campolongo (1875 m npm) dotarłam do Corvara in Badia gdzie spadły pierwsze krople deszczu. I potem już było tylko gorzej. Chmury siadły na górach, zrobiło się ponuro kiedy jechałam na Passo Gardena (2121 m npm). Pomimo to Dolomity sprawiały ogromne wrażenie. Będę musiała przejechać tę drogę jeszcze raz w słońcu.

Wjazd na Passo Gardena
Po drodze trafiłam na słodki obrazek - wewnątrz serpentyny (tej na zdjęciu) odpoczywało stado krów powoli przeżuwając alpejską trawę. Jedna z nich smacznie spała z łbem ułożonym na udzie sąsiadki.  
Chciałam pospacerować jeszcze po dwóch miasteczkach – Selva di Val Gardena i Santa Cristina Valgardena. Niestety deszcz padał coraz bardziej, więc mogłam tylko trochę pokrążyć samochodem i popatrzeć przez zalane wodą szyby. Warto tu wrócić w lepszą pogodę, żeby spokojnie pochodzić malowniczymi uliczkami.
Myślałam, że dzień skończę w strugach deszczu, jednak nie przejechałam chyba 
więcej niż 30 km a deszcz ustąpił słońcu – w Bolzano było już 27 stopni, podczas gdy na Gardenie około 11.