Google+ Followers

czwartek, 28 lutego 2013

Moja Italia


Gdy 25 lat temu wrzuciłam monetę (wtedy to były jeszcze liry) do studni w sieneńskim Palazzo Chigi-Saracini nie przypuszczałam, że Italia stanie się moją absolutną pasją.

 Na zdjęciu jestem właśnie przy studni w pałacu Chigi-Saracini, dwadzieścia lat po wrzuceniu tam monety. Nie mogłam studni odnaleźć podczas pierwszych pobytów w Sienie (10 lat po pierwszym przyjeździe), ale w 2007 r weszłam na podwórko i deja vu, to właśnie tutaj. Okazało się, że pałac był remontowany i dlatego nie było dostępu do studni, stanowiącej dużą atrakcję dla turystów
W 1987 r wraz z grupą kolegów dziennikarzy pojechałam na miesięczną wyprawę do Włoch. Z namiotem, własnym prowiantem. Kosztowało to każdego 120 dolarów - koszty noclegów, wstępy do muzeów, autostrady, paliwo. Osobiste wydatki były minimalne, na miarę bardzo skromnych możliwości - kupiłam tylko 2 trykotowe koszulki dla moich córek od Murzyna na plaży w Rimini, lody na patyku (prawdziwe włoskie w kulkach zjadłam chyba tylko raz, bo były za drogie), jakieś napoje, trochę owoców, a dla siebie dużą jedwabną chustkę na targu w Trastevere. Mam ją do tej pory. I było wspaniale. Dojechaliśmy aż do Sorrento, gdzie spaliśmy pod drzewami cytrynowymi, z których spadały owoce. Wszystko było takie inne, takie piękne. Krajobrazy, miasta, słońce. Gdzie nie spojrzeć było coś wiekowego i pięknego. Nie było wtedy aparatów cyfrowych, zwykłego aparatu nie miałam, tak więc głównie pozostały wspomnienia i kilkanaście zdjęć zrobionych przez kolegów.       
Przy tym natłoku nowych wrażeń w pamięci zachowały się pojedyncze obrazy i ogólne odczucie, że Italia jest piękna i klimatyczna. Oszałamiające cykanie cykad na murach w Lukce, samotna cykada nie pozwalająca zasnąć, która usadowiła się na rachitycznym drzewku nad naszym namiotem na campingu pod Florencją. Jezioro Garda z krystaliczną wodą, którą piłam wprost z jeziora. Dzielnica portowa Neapolu, gdzie trafiliśmy zmyliwszy drogę. Przeciskając się przez wąskie uliczki obwieszone praniem musieliśmy czekać, aż Neapolitańczyk handlujący arbuzami z wózka zatrzymanego na środku jezdni, obsłuży wszystkich klientów. A za chwilę, gdy nie mogliśmy przejechać, bo fiat zaparkował tam gdzie akurat miał ochotę, życzliwi przechodnie przenieśli fiacika na chodnik i pojechaliśmy dalej. Sjesta pod pinią na skwerku w pobliżu Koloseum. Zimna woda z akweduktu. Rozgrzany ciemnoszary piasek na plaży w Ostii. Chyba nie potrafiłabym już odtworzyć naszej trasy w całości, ale były na niej napewno wszystkie najważniejsze miejsca. I wróciłam do nich wszystkich, oprócz Neapolu.
W następnym roku, wracając z Hiszpani i Portugalii przejechaliśmy wybrzeżem Liguryjskim, nocowaliśmy na obrzeżach Genui i pojechaliśmy na Brennero, więc bardzo niewiele było tych Włoch. Dopiero w 1995 r już na dobre zaczęłam moje włoskie podróże. Granice jeszcze istniały, ale już nie było wiz. Miałam też już kartę kredytową i kartę do bankomatu. Można było po prostu wsiąść w samochód i ruszyć na południe.
Po kilkuletniej przerwie byłam wczesną wiosną 1995 r służbowo na targach Fieragricola w Weronie. Wtedy po raz pierwszy poszłam z koleżankami do włoskiej trattorii i zakochałam się. We włoskim makaronie. Od tej pory we Włoszech jadam przede wszystkim pastę, w tysiącach wydań. Bo co kucharz to inny smak, nawet gdy potrawa nosi tę samą nazwę. Włoska kuchnia ma coraz więcej wielbicieli i naśladowców. Niestety polscy "włoscy " kucharze nieraz zapominają, że prostota jest najsmakowitszą cechą włoskiej kuchni.
Mam też swój patent na szybki i prosty sos do makaronu. Wrzucam wszystko od razu na rozgrzaną oliwę - cukinię pokrojoną dowolnie, pomidory bez skórek, trochę bardzo drobno pokrojonej cebulki (dla aromatu), posiekany czosnek, sól i pieprz. Dusić trzeba aż odparuje woda z pomidorów, bo porządny włoski sos nie może chlapać, o co łatwo szczególnie gdy jemy spaghetti. Plama z sosu pomidorowego jest naprawdę trudna do wywabienia. Żeby sos był ostrzejszy i bardziej gęsty,dokładniej oblepiał makaron, można dorzucić parmezanu już do gotowania. Pod koniec dodaję listki bazylii. Dzieci przeważnie nie lubią widocznych składników w sosie (a cukinia będzie widoczna), można więc taki sos zmiksować. Mogłabym to jeść codziennie. Wielu Włochów jada codziennie na pranzo (obiad w południe) spaghetti z sosem pomidorowym. To się nie może znudzić.
Gdy jesteśmy już przy włoskim jedzeniu. Kilkanaście lat temu dla włoskich kelnerów było niezrozumiałe dlaczego jem tylko primo, czyli moje ukochane kluchy. Prawidłowy włoski posiłek to antipasto (przystawka), primo (najczęściej makaron lub ravioli), secondo (mięso lub ryba). Jeszcze sałata, deser i kawa . W mojej ulubionej restauracji "5 i 1/2" w Lido Adriano koło Rawenny, Gianni przynosi jeszcze na zakończenie alkohol, słaby likier o smaku cytrynowym, pomarańczowym czy jeszcze jakimś innym do wyboru. Każdy kto znajdzie się w tej okolicy powinien odwiedzić " 5 i pół". Zwykła włoska restauracja, zawsze pełna gości, zarówno turystów jak i miejscowych. Już mam ślinotok jak o tym myślę. Staram się przyjeżdżać tu każdego roku, tylko po to żeby coś dobrego (i niedrogiego) zjeść. Bo samo Lido Adriano jest typowym nowym nadmorskim miasteczkiem nastawionych na grupowych turystów. Jest bardzo dużo Polaków, Czechów. Ale obok urokliwa Rawenna, niedaleko Bolonia, Ferrara, Wenecja, dla dzieci Mirabilandia. Dobry punkt wypadowy.
makaron z cukinią i speckiem W "5 i 1/2"
Zdjęcia zostały zrobione w Pięć i pół (Cinque e mezzo)
Zaczął się 18-ty rok mojej włoskiej włóczęgi. Już mam zaplanowany majowy wyjazd. Trasa ustalona, hotele zarezerwowane. Większość moich znajomych i rodziny uważa, że mam absolutnego hopla na punkcie Italii. Przyznaję, jestem uzależniona. Przekonałam się o tym w maju 2010 r. Kilka dni przed zaplanowanym wyjazdem do Włoch dowiedziałam się, że mam raka piersi. Najbardziej byłam wściekła, że muszę odwołać wyczekiwany wyjazd. W ciągu kilku dni poszłam na operację, a następnego dnia po zdjęciu szwów wsiadłam w samochód i ruszyłam na południe. Za trzy tygodnie, po powrocie zaczęłam chemioterapię planując następny wyjazd. Pomiędzy chemiami we wrześniu i w październiku znowu po dwa tygodnie byłam w Italii. W maju 2011 r w trzytygodniowym odstępie pomiędzy kolejnymi dawkami herceptyny też objechałam Włochy aż do końca obcasa. Moja pani doktor uważała, że powinnam jechać, skoro tak bardzo tego pragnę. Sądzę,że gdyby nie ta silna motywacja, że muszę zrobić wszystko, aby znowu móc zobaczyć Campo Imperatore, Kalabrię, białe Ostuni, pokryte winnicami wzgórza wokół Alby, to moja walka o zdrowie byłaby mniej skuteczna.

20.01.2013
Nie pisałam przez dwa tygodnie, ponieważ nie miałam spokojnej chwili a przy moim komputerze ciągle ktoś siedział. Miałam gości - córkę , która mieszka w Palermo i jej męża Sycylijczyka. Biedny wymarzł tutaj. Zięć dzisiaj odleciał do Palermo, a córka wraca w czwartek. Powiedzieliśmy sobie - ci vediamo a maggio, bo przyjadą tutaj na początku maja , a ja dotrę do nich pod koniec maja.
Gdy pierwszy raz przyjechałam do Palermo przeżyłam chwilowy szok z powodu śmieci czekających na ulicy na wywiezienie. Akurat chyba coś z tym szwankowało, bo to byly prawdziwe góry śmieci. Później śmieciowo zniknęło, ale nie na zawsze - powraca czasami w różnej skali. Ale do tego można się przyzwyczaić i mnie już dawno przestało to razić. Jak chcę zobaczyć porządek to wybieram się do Niemiec czy Austrii. Włoski bałagan ma dla mnie niezaprzeczalny urok. Mieszanka piękna i bałaganu. Przeważa piękno.
Palermo to miasto z charakterem. Lubię tu wracać. Jest tu tak wiele do obejrzenia, że ciągle coś przede mną pomimo, że przyjeżdżam tu od 2002 r, co najmniej 2 razy w roku. Wiadomo, że trzeba zobaczyć wszystkie najważniejsze zabytki z katedrą w Monreale na czele, ale najbardziej lubię włóczyć się wąskimi uliczkami starej części miasta. W Kalsie można jeszcze spotkać fragmenty nie odbudowane po wojennych zniszczeniach. Moja córka zabrania mi zagłębiać się w niektóre rewiry, bo panuje opinia, że może być tam niebezpiecznie. Ale jak do tej pory nic złego w Italii mnie nie spotkało. Gdy czytam zalecenia dla turystów, żeby nie zostawiali w samochodzie nic na wierzchu, bo zostaną okradzeni, to uważam, że jest to duża przesada. Powinnam być okradana ustawicznie, bo zawsze mam pół podróżnego dobytku na tylnym siedzeniu. Szczególnie w małych miejscowościach można się czuć całkowicie bezpiecznie. Można spokojnie zostawić otwarty samochód i iść na kawę.
Kilka lat temu, nocując w Cortonie na starówce, gdzie oczywiście nie było możliwe zaparkować, zostawiałam samochód na parkingu (niestrzeżonym) za murami miasta. Na wierzchu leżał cały sprzęt campingowy. Nikogo nie skusiła moja własność. I mam nadzieję, że tak pozostanie.
Wczoraj zaczęłam myśleć, że warto by może zwiedzić Neapol, w którym byłam 25 lat temu, i jeszcze następny raz przejechałam tylko szybko o świcie (żeby zdążyć przed porannymi korkami), zjechawszy z promu z Palermo. Moja palermitańska córka konsekwentnie zakazywała mi samodzielnej wycieczki do Neapolu, uznawanego za miasto bardzo niebezpieczne. Ale mnie ciągnie. Wymyśliłam więc, że w tym roku w maju, zamiast jechać przez całą Kalabrię pojedziemy do Neapolu, połazimy po mieście a wieczorem na prom i rano obudzimy się w Palermo. Cena promu jest korzystna, wyjdzie nawet taniej niż koszt benzyny, noclegu, promu przez Cieśninę Messyńską. Plan już powstał.    
Jednak rano, gdy porządkowałam gazety, wpadł mi w ręce świąteczny dodatek do Rzeczpospolitej otwarty na tytule - "Camorra jest wszędzie". Przeczytałam. Podróż do Neapolu nie zostanie zrealizowana. Do gniazda szerszeni nie zamierzam włazić. Muszę nadal pozostać uprzedzona do miasta, gdzie jeżdżą na czerwonym świetle i trzeba stale być czujnym. Gdzie można stracić nie tylko portfel, ale i życie w przypadkowej strzelaninie mafijnych rodzin. W gazecie, która wpadła mi w ręce, opisano strzelaninę na terenie przedszkola...
Neapol i jego okolice nie mają dobrej opinii. Przejeżdżam tamtędy w miarę  szybko.
Jakieś 3 lata temu postanowiłam w końcu wejść na Wezuwiusz. Trzeba było więc zamieszkać w pobliżu Neapolu. Hotel Happy Days, w pobliżu Varcaturo, robił bardzo dobre wrażenie - piękne obrazy, stare meble, bibeloty, zadbany ogród, duży parking, cały kompleks restauracyjny. W pokoju i łazience też fajnie. Trochę mnie zdziwiła przyczepiona na szafce tabliczka - "surowo zabronione pisanie na ścianach i meblach". 
Kto bywa w tym hotelu? Ale panował spokój, bo to przed sezonem i odludzie kompletne. W restauracji byłyśmy jedynymi gośćmi. Zamówiłam kluchy i po kieliszku wina. Kelner przyniósł całą butelkę i upierał się, że to zgodnie z moim zamówieniem. A sikacz był obrzydliwy, ledwo wypiłyśmy po kieliszku. Oczywiście zapłaciłam tylko za 2 kieliszki, ale zrobiło się nieprzyjemnie. Po prostu chciał głupią turystkę naciągnąć. To się zdarzyło po raz pierwszy, być może byłoby częstsze gdybym nie mówiła dość możliwie po włosku. Może nie mam dobrych skojarzeń z Neapolem ze względu również na ten incydent .
Palermo, Fontana della Vergogna
Widok na Palermo z wieży przy katedrze w Monreale
Palermo, katedra
Wróćmy do  Palermo. Po mieście najlepiej przemieszczać się komunikacją miejską. Prowadzenie samochodu to dość ryzykowne zadanie. Samochody kłębią się we wszystkie możliwe i niemożliwe strony. A na dodatek, tak jak na całym południu, przemykają stada motorów i motorków. Te stwory zachowują się zupełnie nieobliczalnie, raz pojawiają się z prawej, żeby za chwilę być z lewej i niespodziewanie skręcić ci przed nosem w prawo. Nikt tu się nie przejmuje sygnalizowaniem zamiaru zmiany kierunku jazdy. Trzeba mieć oczy dookoła głowy. Kwintesencją palermitańskiego skrzyżowania jest Corso Calatafimi w miejscu gdzie przechodzi nad Viale Regione Siciliana (dwupasmowa trasa łącząca na terenie miasta autostradę z Messyny do Trapani). Do skrętu w stronę Monreale na trzech pasach jezdni spręża się co najmniej 4 rzędy samochodów. Tuż za skrętem mniejsza część odbija w lewo a pozostałe muszą się ścieśnić do jednego pasa ruchu. Teoretycznie są dwa, ale jeden jest ustawicznie zajęty przez parkujące w drugim rzędzie samochody.
Puchowiec wspaniały, w październiku kwitnie całe Palermo



Na starówce w Palermo
Parkowanie w Palermo to osobna historia. Gdyby chcieć zaparkować całkowicie zgodnie z przepisami, byłoby to raczej niemożliwe. Swoją drogą Włosi są mistrzami parkowania. Niestety ciągle mi do tego poziomu daleko. Chyba powinnam zacząć intensywnie ćwiczyć wstawianie się między dwa samochody.
Po czym poznać przystanek autobusowy w Palermo? Po tym, że w tym miejscu stoi najwięcej samochodów. A jeżeli nad przystankiem jest daszek, to znajduje tam schronienie przed słońcem jeszcze kilka motorków. I co najdziwniejsze, ten fakt nie budzi agresji w pasażerach autobusu, którzy muszą się przeciskać między zaparkowanymi samochodami. Kierowca autobusu też nie urąga, że trudniej mu manewrować na zatłoczonej ulicy. U nas każdy by ze złością zabębnił w blachę stojącego mu na przeszkodzie samochodu, a ile by poleciało epitetów.
Fermata to przystanek
 Pod gorącym słońcem Sycylii ludzie są bardziej pogodni, wyluzowani, życzliwi. To że mówią głośno i namiętnie gestykulują nie oznacza , że się kłócą czy wyrażają niezadowolenie. Tu po prostu rozmawia się w taki żywiołowy sposób. I traktuje wszystko na luzie.
Moja córka mówi, że gdyby służby miejskie zajęły się egzekwowaniem kar od nieprawidłowo parkujących kierowców, to Palermo byłoby bogatym miastem. Jeszcze kilkanaście lat temu tak jak na południu jeździło się i parkowało w całych Włoszech. Teraz prawdziwe Włochy są tylko na południu. W północnych Włoszech trąci Austrią - kwiatki, porządki, kierowcy przestrzegający na ogół ograniczeń prędkości, nie skręcający przez ciągłą linię itp. Została jeszcze odrobina fantazji, ale to już nie to. Ta metamorfoza zachodziła na moich oczach. W międzyczasie zmienił się kodeks drogowy, wprowadzono surowsze kary, co nieco utemperowało temperament włoskich kierowców. Na szczęście włoska policja jest zupełnie inna niż polska. Nie wiem czy tak jest w stosunku do wszystkich, czy tylko do biuściastych blondynek, ale zawsze spotykałam się z życzliwością i chęcią pomocy. Gdy w Genui nie mogłam trafić do hotelu, to policjant zamiast skomplikowanie tłumaczyć mi jak dojechać, wsiadł na motor i zaprowadził mnie pod drzwi hotelu, ostatni krótki odcinek pokonując pod prąd.
Szczególnie na prowincji ludzie są ogromnie życzliwi, chętni do pomocy. Jest to niezwykle ważne, bo oznakowanie poza autostradami, delikatnie mówiąc, pozostawia wiele do życzenia. W małym miasteczku wszyscy przecież wiedzą dokąd prowadzi jaka droga. Kiedyś na dalekim południu zapytałam stojącego przy ulicy mężczyzną o drogę - wsiadł na rower i wyprowadził mnie z miasteczka. Oczywiście pozdrawiając po drodze znajomych, prowadząc rozmowy. Znalazłyśmy się w centrum uwagi, wszyscy wiedzieli dokąd chcemy jechać, skąd przyjechałyśmy. Podróż na rogatki miasteczka była długa, co chwila nasz rowerzysta pokazywał nam coś ciekawego. Bardzo to było sympatyczne.
Na początku zwiedzałam wszystkie bardziej znane i ważne miejsca, bo bez tego nie można powiedzieć że zna się Włochy. Wiadomo - Florencja, Bolonia, Wenecja, Werona, Siena, Asyż, Mediolan itp. Ale największa dla mnie frajda to włóczenie się po górskich drogach, urokliwych małych miasteczkach, gdzie mówią przybyszom na ulicy buon giorno i pytają skąd przyjechałeś. Gdzie za niewiele euro można zjeść przepyszną kolację i napić się miejscowego wina, porozmawiać z nieznajomymi, którzy w błyskawicznym tempie stają się znajomymi. To urok prowincji.

24 marca 2013 r

Nie miałam czasu pisać, bo ciągle coś się działo. Ale Italia jest ciągle ze mną, we mnie. Obok leży atlas Włoch, bo planuję kolejny wyjazd. Już coraz mniej jest miejsc w których nie byłam, ale myślę, że jeszcze na długo starczy włoskich atrakcji. Tam każde miasteczko ma coś ciekawego i starego, coś dobrego do jedzenia, wino, lody i oczywiście espresso. 
Gdy zaczynałam podróżować po Włoszech piłam wyłącznie cappuccino, choć wiedziałam, że Włosi piją je raczej przed południem. Pilnowałam tylko , żeby nie było posypane czekoladą, lub cynamonem.
Aż do baru na lotnisku w Rzymie. Barman  podał mi coś kawopodobnego, chyba nalał z dzbanka pod ladą, bo nie słyszałam odgłosów pracy ekspresu. Od tej pory piję wyłącznie espresso, robią je na moich oczach i zawsze jest dobre. Do tego łyżeczka cukru i w ustach pozostaje ten wspaniały słodko gorzki smak. Żadnej wody do popicia. We Włoszech do jakiego baru by się nie weszło wiadomo, że espresso będzie dobre. Trzy łyki przy barze (kawa wypita na stojąco jest o połowę tańsza niż podana do stolika) i dalej w drogę z nową porcją energii. Obecnie espresso kosztuje średnio 1 euro, ale zdarzają się miejsca na prowincji gdzie wystarczy 80 centów.
Jednak wraz z opuszczeniem granic Włoch widoki na prawdziwe espresso stawały się nader mizerne. Na dodatek cena jest dwukrotnie wyższa. Od jakiegoś czasu się to zmienia, przede wszystkim  w Niemczech. Przed kilku laty na bawarskich stacjach benzynowych pojawiła się włoska kawa (przede wszystkim Lavazza i Segafreddo, najbardziej rozpoznawalne za granicą z włoskich kaw, ale wcale nie najlepsze). Teraz włoska kawa dociera coraz bardziej na północ, ale niestety czasami bywa  nie z tradycyjnego ekspresu, ale z automatu. Z automatów uznaję pralkę, zmywarkę i bankomat, reszta najlepsza jest według metod tradycyjnych. Dlatego też kupiłam sobie handpresso - ręczną ciśnieniową maszynkę do kawy. Cialdy Palombini  lub Barbera i mam prawdziwe espresso tam gdzie chcę.
Do Włoch jeżdżę przede wszystkim przez Niemcy i znam już parę miejsc, gdzie można napić się dobrej kawy. Są to bary lub kawiarnie prowadzone przez Włochów. Mój kawowy instynkt doprowadza mnie do nich nieomylnie.
Jestem uzależniona od espresso, muszę wypić codziennie przynajmniej dwa. Mam porządny ekspres ciśnieniowy z młynkiem, tradycyjny jak we włoskim barze, sycylijską kawę Barbera i codziennie przez trzy łyki słodko-gorzkiego nektaru mogę poczuć się jak w Italii. Bo jest wiadome, że najlepsza kawa jest we Włoszech, a jeżeli w innym kraju to w barze prowadzonym przez Włochów. Nudna jestem z tą włoską kawą. Moje koleżanki , z którymi jeżdżę czasami na wczasy dla seniorów do Hiszpanii, już się przyzwyczaiły, że pobyt w nowym miejscu zaczynam od poszukiwania miejsca, w którym można napić się włoskiego espresso. Na pewno jest takie w Santa Ponca na Majorce, w kawiarni "Il gelato del Padrino" prowadzonym przez Sycylijkę. Żeby nie było żadnych wątpliwości, przed lokalem stoi naturalnej wielkości - il padrino Corleone czyli Marlon Brando.
Gdy znalazłam na Majorce swój kawałek Italii, mogłam polubić tę piękną wyspę.
W Corleone, w barze Centrale naprzeciwko municipio, też można poczuć się jak w czasach ojca chrzestnego. Pełno tu nawiązujących do tamtego czasu gadżetów. W samym Corleone śladów mafii poza barem nie widać. Nie trafiłam do pralni będącej własnością żony najważniejszego sycylijskiego mafioso - Bernardo Provenzano. Ukrywał się on w pobliżu Corleone przez  ponad 40 lat. Schwytano go w 2006 r, ale nie wiem co dalej się z nim stało, czy był proces, wyrok. Muszę poszukać w internecie.
Kiedy po raz pierwszy przyjeżdża się na Sycylię, czeka się na jakiś przejaw działalności mafii. Nic z tego. Już dawno skończyły się strzelaniny na ulicy z użyciem kałachów (kałasznikow był przez długi czas ulubioną bronią mafii). Co najwyżej można oglądać szkielety niedokończonych domów, widzę je z okna sterczące na stoku góry. 
To domy ludzi związanych z mafią, których działalność skutecznie przerwał wymiar sprawiedliwości, W gazecie też dość często można trafić na wiadomość a aresztowaniach, obławach na mafiosów. Ale turysta nie czuje obecności mafii, chyba że miałby niefart na coś niebezpiecznego trafić.
Już druga w nocy, więc pora kończyć. Za oknem śnieg i mróz a jedną nogą i całym sercem na Południu.